Najnowsza interwencja Uważam Rze

Historia

Wielka ucieczka żołnierzy wyklętych

Leszek Pietrzak

27 marca 1945 r. 48 żołnierzy Armii Krajowej zbiegło z obozu koncentracyjnego NKWD w Skrobowie niedaleko podlubelskiego Lubartowa

Kilka dni później uciekinierzy dołączyli do tworzącego się na Lubelszczyźnie zgrupowania partyzanckiego mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika" – legendy polskiego antykomunistycznego podziemia. Przy ich sukcesie blednie ucieczka 80 alianckich lotników z niemieckiego Stalagu Luft III koło Żagania w marcu 1944 r., która w latach 60. stała się tematem głośnego amerykańskiego filmu „Wielka ucieczka" z pomnikowymi rolami Richarda Attenborougha, Steve'a McQueena i Charlesa Bronsona. Ostatecznie tylko trójce lotników udało się uciec, 50 rozstrzelano.

Zdążyć przed wywózką

W marcu 1945 r. stajały już śniegi i robiło się coraz cieplej. Wojska sowieckie już dwa miesiące temu opuściły tereny Lubelszczyzny i rozpoczęły nową ofensywę w swoim zwycięskim marszu na Berlin. Ale więźniów obozu NKWD w Skrobowie coraz bardziej zaczęła niepokoić krążąca za drutami informacja o rychłym wywiezieniu ich w głąb Związku Sowieckiego. Wielu z nich zaczęło coraz częściej mówić o ucieczce.

Dokładnie w Niedzielę Palmową 25 marca 1945 r. grupa podchorążych na czele z ppor. Piotrem Mierzwińskim postanowiła zgłosić starszemu obozu – ppłk. Edwardowi Pisuli „Tamie" zamiar podjęcia ucieczki. Zdecydowana większość z nich pochodziła z Kresów i na Lubelszczyznę trafiła razem z 27. Wołyńską Brygadą AK, która właśnie w tym rejonie zakończyła swój szlak bojowy. W Skrobowie została podstępnie rozbrojona przez Sowietów. Ppłk Pisula, w czasie wojny szef Kedywu Tarnopolskiego Okręgu AK, który wiele w swoim życiu przeszedł, nie był ich decyzją zaskoczony. Meldunek więźniów przyjął, grzecznościowo życząc im powodzenia. Podchorążowie postanowili podjąć całą akcję za dwa dni – dokładnie 27 marca 1945 r. Rankiem wyznaczonego dnia cztery grupy więźniów liczące łącznie 60 podoficerów i szeregowych zostały skierowane do pracy przy rąbaniu drewna, kopaniu i noszeniu piasku, porządkowaniu łaźni oraz do pracy w kartoflarni. Akcję rozpoczęła dokładnie o godzinie 11.00 grupa przebywająca w kartoflarni. Kapral pchor. Zdzisław Jarosz „Czarny" uderzył w szczękę stojącego obok wartownika, usiłując mu wyrwać broń. Rozpoczęła się szamotanina z wartownikami. Po chwili na dziedziniec wybiegł kpr. pchor. Jerzy Michalak „Świda", dając czytelny znak do ataku członkom pozostałych grup więźniów. Po zabraniu broni strażnikom, uciekinierzy usiłowali najpierw zdobyć obozową wartownię, jednak napotykając na silny opór, zdołali ją tylko zablokować. Z zaskoczenia opanowano natomiast koszary, w których spała nocna zmiana załogi obozu. Zdobyto wówczas kolejne egzemplarze broni i amunicję, którą błyskawicznie rozdzielono wśród pozostałych uczestników akcji. Chwilę później doszło do chaotycznej wymiany ognia pomiędzy uciekinierami a obozową strażą. Jeden z więźniów został skoszony serią karabinu maszynowego przez sowieckiego komendanta obozu mjr. Aleksandra Kałasznikowa. W szaleńczym ataku uciekinierom udało się jednak sforsować główną bramę obozu. Pod nieustannym ogniem bijącym z obozowych wieżyczek i wartowni przeskoczyli pobliską szosę i natychmiast rozsypali się tyralierą, biegnąc ile sił w stronę odległego o jakieś trzy kilometry skraju Lasów Kozłowieckich. Cała akcja trwała nie dłużej niż 25 minut.

Wśród 48 uciekinierów, którzy zdołali się wydostać z obozu w Skrobowie, było trzech rannych, w tym jeden ciężko, którego niesiono na płaszczach. Gdy uciekinierzy dotarli na skraj lasu, jednogłośnie wybrano dowódcę grupy. Został nim ppor. Piotr Mierzwiński „Wierny", który szybko uporządkował oddział i natychmiast zarządził marsz na północ, za rzekę Wieprz. Brakowało 12 więźniów, ich losu uciekinierzy nie znali. Wiedzieli jedynie, że na pewno nie żyje plut. Kaczkowski. Rannego akowca na ich oczach dobił komendant obozu Kałasznikow.

W sieci obławy

Obrany przez uciekinierów kierunek marszu nie był przypadkowy. Więźniowie ze Skrobowa wiedzieli, że właśnie w tamtym rejonie wznowił działalność spory oddział partyzancki AK-DSZ mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika". Od celu dzieliło ich prawie 60 kilometrów. Nie mieli map ani kompasu. Szli cały czas z odbezpieczona bronią. Roli przewodników podjęli się kpr. pchor. Antoni Jabłoński „Jasieńczyk" – w czasie niemieckiej okupacji żołnierz oddziału „Orlika" oraz pochodzący z pobliskiej Kozłówki koło Lubartowa kpr. pchor. Stanisław Mączka „Nałęcz".

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Sadowski

Wolność tak, ułatwienia nie

• RAZ POD WOZEM, RAZ POD WOZEM • Dopóki rządzący w Polsce będą mówić o ułatwieniach i ulgach dla przedsiębiorców, a nie o przywróceniu wolności gospodarczej, dopóty nie wybijemy się na ekonomiczną niepodległość

Intermedia

• MYŚLI I SŁOWA • BEATA SZYDŁO