Najnowsza interwencja Uważam Rze

Tu i teraz

Szkoła życia na 8000 metrów

Krzysztof Jóźwiak

Wywiad z Leszkiem Cichym, wybitnym himalaistą, pierwszym zdobywcą ośmiotysięcznika zimą

25 lat temu Maciej Berbeka sądził, że zdobył Broad Peak. Ale tak naprawdę stanął na przedwierzchołku Rocky Summit, niższym od głównego szczytu o 23 metry. Wrócił na Broad Peak i zginął. To była jego góra przeznaczenia?

My, himalaiści, staramy się nie ulegać przesądom. Ale coś jest w tym stwierdzeniu. Góry niosą ze sobą niezgłębione tajemnice.

Co według pana wydarzyło się 5 marca na stokach Broad Peak? Krzysztof Wielicki stwierdził, że po raz pierwszy spotkał się z sytuacją, że w ciągu tak krótkiego czasu nastąpiło tak gwałtowne załamanie wydolnościowe wspinaczy.

Cała czwórka w odstępach 10–30 minut zjawiła się na szczycie, ale ta niewielka różnica miała potem kolosalne znaczenie. Bo jak ktoś zaczął wcześniej schodzić, to mógł przejść spory odcinek grani za dnia i szybciej dotrzeć na przełęcz i do poręczówek. Tymczasem na grani najsłabsza dwójka przebywała najdłużej. Czas pogłębiał ujemny bilans energetyczny i tlenowy. Gdy taki proces już się zacznie, niezwykle trudno go zatrzymać. Na takiej wysokości każdy organizm działa na ostatnich 3–5 proc. wydolności.

Gwałtowną zapaść Tomka Kowalskiego, a w jakimś stopniu także Maćka Berbeki można próbować tłumaczyć niewystarczającą dietą przed atakiem szczytowym i w jego trakcie. Może wypili za mało płynów. Może w trakcie wspinaczki zamarzła rurka od bukłaka. Jeden mógł zjeść baton energetyczny, inny nie. Dopóki działała adrenalina, Tomek i Maciek, mimo że być może nie odżywiali się wystarczająco dobrze, parli do przodu. Kiedy po wejściu na szczyt emocje opadły, nastąpiło załamanie.

Duży wpływ miało także specyficzne ukształtowanie terenu. Podczas zejścia ze szczytu trzeba było podejść pod przedwierzchołek. Himalaiści zawsze starają się unikać dróg, na których są głębokie przełęcze. Ale na szczyt Broad Peak innej drogi nie ma. Tomek najprawdopodobniej pozostał na grani, Maciek schodząc nad ranem stromym terenem poniżej przełęczy, w wyniku zmęczenia poślizgnął się i spadł kilkaset metrów w dół lub przy przechodzeniu lodowej szczeliny wpadł do niej.

Czy podczas wyprawy popełniono jakieś błędy?

Z tego, co wiemy, byli przygotowani wzorcowo. Byli w idealnym momencie aklimatyzacji. Szósty tydzień uznawany jest za najlepszy na wspinaczkę – jest jeszcze najlepsza kondycja i już najlepsza aklimatyzacja. Wydaje mi się jedynie, że można było spróbować założyć IV obóz nieco wyżej. Według mnie był on chyba trochę niżej niż na 7400 m, bo mimo trzech szczelin zbyt długo podchodzili na przełęcz.

Nie ma pan wrażenia, że Broad Peak ich trochę oszukał? Zapewnił doskonałą pogodę, nieodnotowaną tam od lat, ale opóźniał marsz, wciągał w pułapkę?

Trzeba pamiętać, że dzięki temu wydłużonemu okienku pogodowemu byli w ogóle zimą na szczycie. Ale okazało się, że świetna pogoda to za mało, inne przeszkody, głównie terenowe, spowodowały, że podejście trwało zbyt długo.

Wielokrotnie był pan na wysokości przekraczającej 8000 m. Co się dzieje w tzw. strefie śmierci?

Po pierwsze, musimy się tam znaleźć, kiedy jesteśmy zaaklimatyzowani. W „strefie śmierci" podstawowym problemem jest brak tlenu, nasza efektywność działania drastycznie spada. Na najwyższym szczycie Ameryki Południowej – Aconcagua (6961 m) – pewien francuski lekarz przeprowadził eksperyment, założył obóz i przez dwa miesiące badał wytrzymałość organizmu na wysokość. I przeżył to. Organizm zaadaptował się do tych skrajnych warunków. Ale do wysokości powyżej 8000 m nie można się zaaklimatyzować.

Nie każdy może wejść tak wysoko. Himalaiści są trochę jak astronauci – muszą mieć żelazne zdrowie i odpowiednie predyspozycje psychofizyczne.

Nawet kiedy jesteśmy zaaklimatyzowani, to i tak nasza wydolność jest dużo mniejsza. Na dużej wysokości wszystkie czynności wykonujemy wolniej. Jeżeli nie używamy tlenu, myślimy normalnie, ale ciało nie nadąża za umysłem, każdy krok jest okupiony nie jednym oddechem, ale kilkoma. Nasze ruchy są wolniejsze, kiedy idziemy do góry, wysokość zdobywamy dużo wolniej. Powyżej 8000 m szybkość przenoszenia się w pionie wynosi 60–80 m na godzinę. Jeżeli przebywamy tam dłużej niż kilka godzin, narasta dług tlenowy. Funkcje naszego organizmu zaczynają coraz bardziej szwankować. Przy dłuższym działaniu nawet podczas odpoczynku nie zmniejszamy długu tlenowego, ale go powiększamy, i to z powodu braku ruchu nawet szybciej. Kończy się to obrzękiem płuc, a w skrajnym przypadku obrzękiem mózgu. Dlatego te pięć najwyższych ośmiotysięczników zdobywa się zwykle z tlenem.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Hubert Kozieł

Czy Podesta zadławi się pizzą?

• SPISKOWA TEORIA WSZYSTKIEGO • Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych były wielkim zwycięstwem zwolenników spiskowej teorii dziejów. Potwierdziły bowiem wiele ich tez