Najnowsza interwencja Uważam Rze

Cywilizacja

?Zlodzieje rowerow? (1948) Vittoria De Sici, czyli wloski neorealizm

Franciszek przed ekranem

Wiesław Kot

Na czym papież płacze w kinie?

Piszą o nim spece od futbolu, argentyńskiego tanga, transportu publicznego i domowych obiadów. A my, krytycy filmowi, to co, od macochy? Zwłaszcza że papież ujawnił, co go w kinie przejmuje do szpiku. Podążajmy za nim.

Otóż włoski neorealizm ze szczególnym uwzględnieniem obrazów Vittoria De Sici i Luchina Viscontiego. Te filmy Jorge Mario Bergoglio obejrzał, mając nie więcej jak 15–20 lat. Bo wtedy włoski neorealizm był na ekranach. Wyrósł on z dwóch korzeni: z chęci rozliczenia się z ojczystym faszyzmem i z protestu przeciw biedzie i beznadziei włoskich lat powojennych. Lokalni reżyserzy nie brnęli w głupstwo, w jakim tonęło Hollywood. Brali życie za mordę. Stawiali przed kamerą naturszczyków i kazali im odgrywać ich własny los. I to promieniowało na cały świat. Włoskim neorealizmem karmił się, przykładowo, Akira Kurosawa, kiedy nie kręcił jeszcze historii samurajskich, ale takiego choćby „Pijanego anioła", gdzie medyk alkoholik leczy mafioza, który w życiu panuje nad wszystkim z wyjątkiem własnej gruźlicy. I na naszych reżyserów, którzy nie bardzo mogli pokazywać slumsy nad Wisłą, ale się starali.

Mieli ucho do biedy

Ci papiescy reżyserzy – dawno już pogrzebani, pamiętani przez bardzo nielicznych. A Vittorio De Sica? Ten miał słuch do ludzkiej biedy jak nikt inny. Jak obejrzałem – jako dziecko – jego „Złodziei rowerów" (1948; Oscar), to długo nie mogłem przyjść do siebie. Było o mężu i ojcu, który nie ma ani grosza i żadnej roboty. Wtedy zdarza się cud – dostaje pracę przy rozlepianiu plakatów na mieście (och, jak mu się te papierzyska gną i mażą). A na plakatach – bogini: Rita Hayworth (ta, co tak długo zdejmowała rękawiczkę). Z tym, że do tej pracy potrzebny jest rower – trzeba szybko jeździć od jednego słupa ogłoszeniowego do następnego. Więc żona zastawia w lombardzie poduszki i prześcieradła – jedyne dobro, jakie mają – i wykupuje rower, który już wcześniej został zastawiony. Można pracować! Oczywiście do czasu, aż uliczny złodziejaszek bezczelnie, w biały dzień, zwędzi rower. Tylko siądź i płacz. Albo ty sam ukradnij rower. Co też się dokonuje. Ale nasz bezrobotny jest marnym złodziejem. Chwytają go na gorącym uczynku, na oczach synka dają po pysku. Jedyna pociecha, że jak właściciel roweru dostrzega głód w oczach chłopczyka, to odstępuje od oskarżenia. Ale i tak kończy się marnie. Ojciec i syn – przeczołgani i głodni – suną ulicą wśród takich samych przegranych i głodnych.

Co się natomiast przyszłemu Franciszkowi mogło podobać w takim „Zmierzchu bogów" (1969) Luchina Viscontiego? Domniemywamy, że to, jak gładko poszło Hitlerowi z niemiecką wyższą klasą przemysłową. Oczywiście, wodza popierali średniacy, ale pieniądze na te wszystkie parteitagi musiały płynąć od tych dobrze ustawionych – potentatów przemysłu. I historia podaje, że wielkimi sumami do Hitlera dokładali się tacy giganci jak Gustaw Krupp, a zza oceanu Henry Ford. Bo też nie lubił Żydów. A zdolny inżynier Ferdynand Porsche na życzenie wodza zaprojektował „samochód dla ludu" (volkswagen). To na warsztat wziął Visconti. I pokazał: Reichstag płonie i już wiadomo, że teraz faszyści wezmą odwet. I nie zatrzymają się, dopóki Adolf nie zostanie kanclerzem. Więc nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi: ciepłą rączką wykładają sumy, po które zgłaszają się SA-mani. Do niedawna nie przyjęto by ich nawet na portierów, ale teraz to ważne figury w NSDAP. Zresztą cała filmowa rodzina Essenbecków ma mnóstwo za uszami. Jeden z nich wykorzystał i doprowadził do samobójczej śmierci siedmioletnią dziewczynkę. Ale nowi protegowani mówią, by się nie martwił: to była tylko Żydóweczka. I tak postępuje korozja. Jak się ma na sumieniu śmierć dziecka, to wykładanie milionów na czołgi przychodzi już bez oporów.

Albo Visconti z innej beczki. „Śmierć w Wenecji" (1971). Podstarzały kompozytor Gustav von Aschenbach w fazie impotencji twórczej przybywa do Wenecji dla podreperowania. A tu wieje sirocco. Wiadomo: skoki ciśnienia, zmiany nastroju. I w tej całej huśtawce kompozytor poznaje chłopca, słodkiego jak cherubin. Polaka – imieniem Tadzio. I zakochuje się. Boi się tego (wiadomo – pedofilia), ale też nie umie od tego uczucia uciec. Na szczęście dla jego własnej duszy cofnął się w ostatniej chwili i nie dokonał zbrodniczego aktu. Umarł sobie spokojnie na cholerę, bo ta akurat nawiedziła miasto. Ta jedna decyzja, to jedno zaniechanie – może to ono będzie całym naszym usprawiedliwieniem, gdy wszyscy staniemy w dolinie Jozafata.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Materiał Partnera

Jak wdrożyć SAP S/4HANA?

Nowoczesne systemy informatyczne to podstawa dobrze działającego i innowacyjnego przedsiębiorstwa. Dla wielu firm wyzwaniem nie jest wybór systemu ERP, ale jego wdrożenie. Dlaczego? Musi być...

ZAMÓW UWAŻAM RZE

Aktualne wydania Uważam Rze dostępne na www.ekiosk.pl

Komentarz rysunkowy

Felietony

Ewa Bednarz

Kredyt z plastiku

Tylko część banków decyduje się na wydawanie przedsiębiorcom kart kredytowych. Znacznie chętniej oferują im dużo kosztowniejsze karty obciążeniowe